sobota, 23 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
Egipt. cz.1 Kuchnia egipska- śniadanie
Blog z założenia miał być także o Egipcie- jedzeniu, zwyczajach, tradycjach itd., ale jak widać jeszcze żaden wpis z tej tematyki się nie pojawił. Dlaczego? Uwierzcie, że kilka razy zaczynałam pisać na któryś z tematów i gotowałam się w środku, post stawał się coraz bardziej subiektywny wręcz momentami agresywny (!) i odpuszczałam. Jestem od 3 miesięcy w Polsce, mam nadzieję że emocję chociaż trochę opadły, głowę mam zimniejszą i będę w stanie napisać coś, co ma ład i skład. Zaczniemy spokojnie, choć bardzo pikantnie- dziś o kuchni egipskiej!
1. Kuchnia egipska.
Chyba trzeba zacząć od tego, że nie spotkałam "prawdziwego" jedzenia egipskiego w żadnym hotelu! To, co je się na co dzień w egipskim domu jest bardzo dalekie od wszystkich specjałów hotelowych.
Kuchnia egipska opiera się na przyprawach- po pierwsze chilli, ale także kolendra, kminek, tymianek i cynamon. Jeśli chodzi o warzywa to ciągle mam wrażenie, że najważniejsza jest cebula! Krewetki, ziemniaki, kurczak, wszelakie marynaty nie obejdą się bez naprawdę sporych ilości cebuli. Owoce to głównie pomarańcze, mandarynki, banany, truskawki- ku mojemu zdziwieniu baaaardzo rzadko jabłka, są drogie i mało popularne.
Przykładowe śniadanie Egipcjanina wygląda następująco:
- foul, czyli odmiana bobu znana w Polsce jako bobik (uprawiana pastewnie), z dodatkiem tahiny (pasta sezamowa), oleju, czosnku i chili. W każdym regionie foul wygląda trochę inaczej- w wersji jak na zdjęciu zjecie m.in. w Aleksandrii, natomiast w Kairze foul bardziej przypomina pastę, a bobik jest rozgnieciony.
-ta'amiyya (falafel), czyli małe kotleciki z bobu smażone w głębokim tłuszczu. Występuje w różnych wersjach- małych kulkach lub kotletach wielkości polskich mielonych z pastą z papryczek chili w środku. Zdecydowanie jedna z najsmaczniejszych potraw w Egipcie! Ta'amiyya występuje solo, ale jest też składnikiem pysznej kanapki Dynamite (egipski chleb "nadziany" foul i ta'amiyya)- ślinka mi cieknie!
-aish, czyli egipski chleb. Placki znane są u nas jako chleb pita, jednak różnią się smakiem. Według mnie najlepszy aish jest w Kairze (odpowiednia mieszanka różnych mąk), najgorszy- w Aleksandrii (pszenny z białej mąki). Chleb jest podstawą śniadania. Pycha!!!
- mesh, czyli rodzaj egipskiego sera. Jest to stary. przeterminowany, mocno solony twaróg wymieszany z papryką chilli, pomidorami, solą itd., zostawiony na kilka dni w szczelnie zamkniętym opakowaniu. Jest to obrzydliwe i śmierdzi, a podobno im starszy tym lepszy... Miałam o tym nie pisać, ale mąż mi zarzucił że pominęłam ;) Nie ma zdjęcia ale uwierzcie, że to dla Was lepiej!
Wszystkie te specjały kupuje się od ulicznych sprzedawców. 10 sztuk chleba kosztuje ok 5 LE (czyli ok. 2,50 zł), 7 sztuk ta'amiyyi czy porcja foul to koszt ok. 3 LE (1,50zł). Jako dodatki na egipskim stole lądują pikle (marchewka, rzodkiewka, oliwki, limonki), świeże ogórki i pomidory, słony biały ser i jajecznica. W Egipcie nie ma też tradycji kanapek, każda potrawa jest na osobnym talerzu, odrywa się kawałek chleba i nabiera to, na co ma się ochotę lub rozrywa chlebek i w środek wkłada dodatki. Poniżej kilka zdjęć z sieci, niestety nie mam własnych.
Uliczny sprzedawca foul, http://yasmineomar.blogspot.com/
Egipska kanapka z foul i pikle, http://flickrhivemind.net/Tags/fuul/Timeline
Sprzedawca foul (potrawa przechowywana jest w dużych dzbanach i wyciągana długą chochlą)
http://hiwar.dedi.org.eg/highlight/struggling-for-a-better-life/
W następnym odcinku- obiadokolacja. Zapraszam!
1. Kuchnia egipska.
Chyba trzeba zacząć od tego, że nie spotkałam "prawdziwego" jedzenia egipskiego w żadnym hotelu! To, co je się na co dzień w egipskim domu jest bardzo dalekie od wszystkich specjałów hotelowych.
Kuchnia egipska opiera się na przyprawach- po pierwsze chilli, ale także kolendra, kminek, tymianek i cynamon. Jeśli chodzi o warzywa to ciągle mam wrażenie, że najważniejsza jest cebula! Krewetki, ziemniaki, kurczak, wszelakie marynaty nie obejdą się bez naprawdę sporych ilości cebuli. Owoce to głównie pomarańcze, mandarynki, banany, truskawki- ku mojemu zdziwieniu baaaardzo rzadko jabłka, są drogie i mało popularne.
| Foul, źródło |
Przykładowe śniadanie Egipcjanina wygląda następująco:
- foul, czyli odmiana bobu znana w Polsce jako bobik (uprawiana pastewnie), z dodatkiem tahiny (pasta sezamowa), oleju, czosnku i chili. W każdym regionie foul wygląda trochę inaczej- w wersji jak na zdjęciu zjecie m.in. w Aleksandrii, natomiast w Kairze foul bardziej przypomina pastę, a bobik jest rozgnieciony.
![]() |
| Ta'amiyya czyli Falafel, źródło |
![]() |
| Aish, egipski chleb źródło |
-aish, czyli egipski chleb. Placki znane są u nas jako chleb pita, jednak różnią się smakiem. Według mnie najlepszy aish jest w Kairze (odpowiednia mieszanka różnych mąk), najgorszy- w Aleksandrii (pszenny z białej mąki). Chleb jest podstawą śniadania. Pycha!!!
- mesh, czyli rodzaj egipskiego sera. Jest to stary. przeterminowany, mocno solony twaróg wymieszany z papryką chilli, pomidorami, solą itd., zostawiony na kilka dni w szczelnie zamkniętym opakowaniu. Jest to obrzydliwe i śmierdzi, a podobno im starszy tym lepszy... Miałam o tym nie pisać, ale mąż mi zarzucił że pominęłam ;) Nie ma zdjęcia ale uwierzcie, że to dla Was lepiej!
Wszystkie te specjały kupuje się od ulicznych sprzedawców. 10 sztuk chleba kosztuje ok 5 LE (czyli ok. 2,50 zł), 7 sztuk ta'amiyyi czy porcja foul to koszt ok. 3 LE (1,50zł). Jako dodatki na egipskim stole lądują pikle (marchewka, rzodkiewka, oliwki, limonki), świeże ogórki i pomidory, słony biały ser i jajecznica. W Egipcie nie ma też tradycji kanapek, każda potrawa jest na osobnym talerzu, odrywa się kawałek chleba i nabiera to, na co ma się ochotę lub rozrywa chlebek i w środek wkłada dodatki. Poniżej kilka zdjęć z sieci, niestety nie mam własnych.
Uliczny sprzedawca foul, http://yasmineomar.blogspot.com/
Egipska kanapka z foul i pikle, http://flickrhivemind.net/Tags/fuul/Timeline
Sprzedawca foul (potrawa przechowywana jest w dużych dzbanach i wyciągana długą chochlą)
http://hiwar.dedi.org.eg/highlight/struggling-for-a-better-life/
W następnym odcinku- obiadokolacja. Zapraszam!
wtorek, 12 czerwca 2012
EURO 2012 Półwysep Iberyjski, cz. II Portugalia!
Pora na drugą i ostatnią część Półwyspu Iberyjskiego. Czas na Portugalię, moją ukochaną drużynę i jedyną sytuację kiedy kibicuję Cristiano Ronaldo :D
KROK PO KROKU:

1. Pokrywamy powiekę białą kredką, która posłuży nam jako baza oraz podbije kolory. Nakładamy na całą powiekę i rozcieramy delikatnie palcem.
2. Od wewnętrznego kącika do mniej więcej 3/4 powieki nakładamy czerwony matowy cień.
3. W załamaniu powieki nakładamy trawiastozielony, matowy cień i rozcieramy do wewnętrznego kącika. W zewnętrznym delikatnie blendujemy, aby zieleń połączyła się z czerwienią. Zieloną kredką zaznaczamy dolną powiekę i linię wodną.
4. Przy górnej linii rzęs rysujemy cienką kreskę zieloną kredką i delikatnie rozcieramy zielonym satynowo-metalicznym cieniem.
5. Na koniec zaznaczamy brwi i tuszujemy rzęsy. Włala :D Make up gotowy!
Lista użytych kosmetyków:
* biała kredka Inglot Soft Precision Eyeliner 31
* czerwony matowy cień Inglot nr
* zielony matowy cień Inglot (numerek się zgubił)
* zielona kredka do oczu Ushas
* zielony satynowo-metaliczny cień Inglot
* tusz do rzęs Maybelline Colossal Volum' Express czarny
Jeśli macie pomysł na inny makijaż w klimacie EURO i nie tylko, piszcie! Czekam na Wasze komentarze!
EURO 2012 Półwysep Iberyjski, cz. I Hiszpania

Zimno, mokro, pada i beznadzieja. Jestem trochę zdołowana i szczerze mówiąc pozbawiona nadziei na lepsze jutro. Dobrze, że chociaż mamy Euro a już niedługo Olimpiada! :) Z tej okazji postanowiłam zmalować euro-oko. Na blogach i youtubie pokazało się mnóstwo makijaży dla kibicek Polski, jest czym się inspirować. Dlatego ja postawiłam na moje dwie ulubione drużyny, Hiszpanię i Portugalię. Zaczynamy więc dwuczęściową serię pt. Półwysep Iberysjki, na pierwszy ogień Espana!
*lista użytych kosmetyków na dole!
KROK PO KROKU:
1. Całą górną powiekę pokrywamy białą
kredką, rozcieramy.
2. 3/4 powieki od wewnętrznego kącika do zewnątrz pokrywamy żółtym matowym cieniem.
3. Zewnętrzny kącik oka pokrywamy czerwonym matowym cieniem. Ja użyłam aplikatora, sprawdza się najlepiej przy takich kolorach i matowym wykończeniu- daje o wiele bardziej intensywny efekt niż pędzelek!
4. Przy górnej linii rzęs rysujemy czarną kreskę.
5. Na dolnej powiece przy linii rzęs rysujemy cienką czerwoną kreskę, a tuż poniżej żółtą (przy użyciu tych samych cieni). Linie wodną zaznaczamy białą kredką.
6. Następnie tuszujemy górne i dolne rzęsy.
7. Przyciemniamy brwi, a pod łuk brwiowy nakładamy kremowy matowy cień.
Lista użytych kosmetyków:
* biała kredka Inglot, Soft Precision Eyeliner 31
* żółty matowy cień Miyo Sunrise n. 27
* czerwony matowy cień Inglot (numer się zgubił)
* czarny żelowy Eyeliner z Essence
* kremowy matowy cień Essence, nr. 22 Blockbuster
* tusz do rzęs Maybelline Colossal Volum' Express czarny
Chyba można ten makijaż podciągnąć też pod reprezentację Niemiec której nie cierpię i nie polecam :D
czwartek, 31 maja 2012
Pluszki
Moi mili, dziś z nudów zrobiłam pluszki z najlepszego bloga świata czyli z http://mojewypieki.blox.pl/2008/04/Pluszki-czyli-rosyjskie-buleczki.html Tam znajdziecie przepis, nic nie zmieniałam :) Moje pluszki zrobiłam w wersji z serkiem, w kształcie serc (jak zrobić serce: http://mojewypieki.blox.pl/2009/10/Slodkie-drozdzowki-serca-z-orzechowym-nadzieniem.html ). Wrzucam zdjęcia moich bułeczek:
Tyle zostało 20 minut po wyjęciu z piekarnika ;)
Polecam ten przepis, ciasto wychodzi DOSKONAŁE, miękkie i puszyste. Chyba tak działa majonez... ;))
Polecam ten przepis, ciasto wychodzi DOSKONAŁE, miękkie i puszyste. Chyba tak działa majonez... ;))
środa, 30 maja 2012
RYBWAY
Hej! Jako, że wielkim sentymentem darzę SUBWAY (Anka, pamiętasz nasze kanapki przy Tower Bridge ? :)), postanowiłam się z wami podzielić moim autorskim przepisem na RYBWAY.
Potrzebujemy:
-bułkę (półbagietka, ciabatta, ja użyłam zwykłej pszennej bułki)
-ser topiony w plasterkach
-pomidor
-ogórek
-garść oliwek
-sałata
-tuńczyk z puszki
-2-3 łyżki jogurtu naturalnego
-1 łyżka śmietany
-przyprawa tzatziki
-czosnek granulowany
-folia aluminiowa lub papier śniadaniowy
Przygotowanie:
Pół puszki tuńczyka mieszamy z płaską łyżką jogurtu naturalnego. Bułkę kroimy na pół, na każdą część kładziemy plasterek sera topionego i na dolną połówkę dodatkowo naszego tuńczyka z jogurtem. Tak przygotowane pieczywo zamykamy na ok. 5 minut w piekarniku.
W międzyczasie kroimy w plastry pomidora, ogórka i oliwki. Z reszty jogurtu, śmietany, granulowanego czosnku i przyprawy tzatziki robimy sos.
Wyciągamy bułkę na uprzednio przygotowany arkusz folii lub papieru. Na dolną połówkę (tą z tuńczykiem) układamy listek sałaty oraz plasterki pomidora, ogórka i oliwek. Polewamy lekko wcześniej przygotowanym sosem; smarujemy nim również górną połówkę. Bułę składamy i zawijamy folią/papierem. Gotowe!
RYBWAY jest bardzo sycący i pyszny :) Można go przygotować z dowolnymi dodatkami, ja preferuję tuńczyka, tak samo jak w oryginalnym Subwayu :)) Pozdrawiam i życzę smacznego!
Potrzebujemy:
-bułkę (półbagietka, ciabatta, ja użyłam zwykłej pszennej bułki)
-ser topiony w plasterkach
-pomidor
-ogórek
-garść oliwek
-sałata
-tuńczyk z puszki
-2-3 łyżki jogurtu naturalnego
-1 łyżka śmietany
-przyprawa tzatziki
-czosnek granulowany
-folia aluminiowa lub papier śniadaniowy
Przygotowanie:
Pół puszki tuńczyka mieszamy z płaską łyżką jogurtu naturalnego. Bułkę kroimy na pół, na każdą część kładziemy plasterek sera topionego i na dolną połówkę dodatkowo naszego tuńczyka z jogurtem. Tak przygotowane pieczywo zamykamy na ok. 5 minut w piekarniku.
W międzyczasie kroimy w plastry pomidora, ogórka i oliwki. Z reszty jogurtu, śmietany, granulowanego czosnku i przyprawy tzatziki robimy sos.
Wyciągamy bułkę na uprzednio przygotowany arkusz folii lub papieru. Na dolną połówkę (tą z tuńczykiem) układamy listek sałaty oraz plasterki pomidora, ogórka i oliwek. Polewamy lekko wcześniej przygotowanym sosem; smarujemy nim również górną połówkę. Bułę składamy i zawijamy folią/papierem. Gotowe!
RYBWAY jest bardzo sycący i pyszny :) Można go przygotować z dowolnymi dodatkami, ja preferuję tuńczyka, tak samo jak w oryginalnym Subwayu :)) Pozdrawiam i życzę smacznego!
piątek, 25 maja 2012
OCM czyli olejowe oczyszczanie twarzy wg Ryby
Hej ho! Po miesiącach nieobecności postanowiłam wziąć się w garść i obudzić bloga. Nie to, żebym nie miała pomysłów na wpisy, nie nie. Jest ich po prostu tyle, że nie wiem od czego zacząć, więc nie zaczynam :D
Ale do rzeczy. Dzisiaj będzie długi wpis o OCM, czyli o olejowej metodzie oczyszczania twarzy. W necie jest pierdyliard stron, blogów i filimków na ten temat, co nie zmienia faktu że chętnie się wypowiem. Nie jestem żadną specjalistką, jeśli chcecie uzyskać więcej informacji polecam http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=437723 :)
1. O co chodzi?
OCM czyli Oil Cleansing Method to metoda mycia twarzy (demakijażu i oczyszczania) mieszanką olejową, którą sami przygotowujemy. W zależności od typu naszej cery dobieramy odpowiednie oleje i ich stężenie. Podstawą każdej mieszanki olejowej jest olej rycynowy (łatwo dostępny w każdej aptece). Ilość oleju w mieszance powinna wahać się w granicach 10-30 % (przy czym im bardziej tłusta cera, tym większe stężenie oleju rycynowego). Inne oleje to wg własnego uznania, może to być np. oliwa z oliwek, oleje dla dzieci np. Hipp, olej winogronowy, z pestek śliwki itd. Nie polecam kokosa, bo może zapchać i lnianego, bo może wysuszać.
2. Czy OCM jest odpowiednie dla mnie?
Mam nadzieję, że tak! OCM jest dobre dla każdego typu cery. Oczywiście, każdemu z nas będzie służyć zupełnie co innego, ale warto poświęcić trochę czasu żeby znaleźć swoją odpowiednią miksturę. Ja stosuję OCM od pół roku i od początku mój olejowy miks składa się z: ok. 20% oleju rycynowego, ok. 25-30% oliwy z oliwek i reszta to oliwka dla dzieci (długo stosowałam oliwkę Sanosan, teraz jest to Hipp). Szczerze mówiąc, z reguły robię mieszankę na oko, bo nie pamiętam jakie były proporcje ostatnim razem :))
3. Mam gotową mieszankę, jak jej użyć?
Użycie OCM jest proste, a po czasie baaaardzo przyjemne. Jest to zdecydowanie moja ulubiona czynność pielęgnacyjna. Potrzebne nam będą:
-gorąca woda
-mieszanka olejowa
-mały ręczniki, może być frotte może być mikrofibra (osobiście wolę frotte, peeling gratis)
-dwie ręce :D
Więc po kolei. Zaczynam od zmoczenia rąk i twarzy. Nalewamy na dłoń odrobinę oleju, rozprowadzamy w dłoniach a następnie na cerze. Masujemy przez chwilę (OMIJAJĄC okolice oczu jeśli mamy makijaż). Ręcznik moczymy w gorącej wodzie (nie wrzątku, tylko takiej bardzo bardzo ciepłej) i przykładamy do twarzy. Czekamy aż ręcznik przestygnie, ponownie go moczymy i przykładamy. Ja powtarzam tą czynność 2-3 razy, przy czym ręcznik mam na twarzy może ok 20-30 sekund.
Następnie jeszcze raz wylewamy na dłoń nasza mieszankę olejową, rozprowadzamy na całej twarzy, włącznie z oczami (OCM radzi sobie z najbardziej wodoodpornym i czarnym makijażem). Masujemy przez chwilę twarz, po czym skupiamy się na oczach- kilkanaście sekund masażu rozpuści nam cały makijaż. Kolejno moczymy ręcznik w gorącej wodzie, przykładamy, czekamy chwilę itd. Powtarzamy czynność kolejne 2-3 razy. Na koniec dobrze jest zmoczyć ręcznik w zimnej wodzie i przyłożyć do twarzy, aby zamknąć pory.
Zdaję sobie sprawę, że instrukcja wydaje się być bardzo skomplikowana a cały proces o wiele dłuższy niż chcemy poświęcać codziennie na umycie buzi, ale uwierzcie mi- po kilku zastosowaniach dochodzimy do wprawy a co najważniejsze widzimy różnicę.
4. Co mi da OCM?
Przy systematycznym używaniu OCM możemy cieszyć się zdrową cerą, wyrównanym kolowerytem i zmniejszonymi porami. Moja cera po ok. pół roku stosowania OCM z trądzikowej i przesuszonej cudownie zmieniła się w normalną. W tej chwili nie używam żadnych kremów, poza OCM co jakiś czas stosuję domowy peeling (np. cukrowy lub kawowy) oraz maseczki algowe. Nie muszę też już używać podkładu na codzień :))
5. Wciąż nie mogę się przekonać...
Według mnie metoda OCM będzie idealna dla każdego, również dla osób które walczą z trądzikiem. Stosowanie kosmetyków na bazie alkoholu bardzo wysusza cerę i napędza wytwarzanie sebum. Po czym stosujemy produkty matujące i wysuszające, aby zmatowić cerę, przy czym wysuszamy ją na tyle że aby się bronić, skóra wytwarza jeszcze więcej sebum itd... I tak wkoło Macieju :) Olej rycynowy ma bardzo podobne właściwości do ludzkiego sebum a przy okazji świetnie oczyszcza pory.

Ja przyrządzam mieszankę OCM w plastikowej buteleczce po mgiełce z Johnsona. Taka ilość wystarcza mi naprawdę na długo!
Tutaj skala, którą narysowałam sobie na butelce. Jest podzielona na 10 części i ułatwia mi robienie mieszanki :)
Polecam Wam wypróbowanie OCM, naprawdę warto! Skorzysta na tym Wasza cera i portfel:)
A jeśli macie jakiekolwiek pytania, chętnie odpowiem w komentarzach. Tymczasem borem, lasem idę obmyślać następny wpis :)) Paaa!
Ale do rzeczy. Dzisiaj będzie długi wpis o OCM, czyli o olejowej metodzie oczyszczania twarzy. W necie jest pierdyliard stron, blogów i filimków na ten temat, co nie zmienia faktu że chętnie się wypowiem. Nie jestem żadną specjalistką, jeśli chcecie uzyskać więcej informacji polecam http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=437723 :)
1. O co chodzi?
OCM czyli Oil Cleansing Method to metoda mycia twarzy (demakijażu i oczyszczania) mieszanką olejową, którą sami przygotowujemy. W zależności od typu naszej cery dobieramy odpowiednie oleje i ich stężenie. Podstawą każdej mieszanki olejowej jest olej rycynowy (łatwo dostępny w każdej aptece). Ilość oleju w mieszance powinna wahać się w granicach 10-30 % (przy czym im bardziej tłusta cera, tym większe stężenie oleju rycynowego). Inne oleje to wg własnego uznania, może to być np. oliwa z oliwek, oleje dla dzieci np. Hipp, olej winogronowy, z pestek śliwki itd. Nie polecam kokosa, bo może zapchać i lnianego, bo może wysuszać.
2. Czy OCM jest odpowiednie dla mnie?
Mam nadzieję, że tak! OCM jest dobre dla każdego typu cery. Oczywiście, każdemu z nas będzie służyć zupełnie co innego, ale warto poświęcić trochę czasu żeby znaleźć swoją odpowiednią miksturę. Ja stosuję OCM od pół roku i od początku mój olejowy miks składa się z: ok. 20% oleju rycynowego, ok. 25-30% oliwy z oliwek i reszta to oliwka dla dzieci (długo stosowałam oliwkę Sanosan, teraz jest to Hipp). Szczerze mówiąc, z reguły robię mieszankę na oko, bo nie pamiętam jakie były proporcje ostatnim razem :))
3. Mam gotową mieszankę, jak jej użyć?
Użycie OCM jest proste, a po czasie baaaardzo przyjemne. Jest to zdecydowanie moja ulubiona czynność pielęgnacyjna. Potrzebne nam będą:
-gorąca woda
-mieszanka olejowa
-mały ręczniki, może być frotte może być mikrofibra (osobiście wolę frotte, peeling gratis)
-dwie ręce :D
Więc po kolei. Zaczynam od zmoczenia rąk i twarzy. Nalewamy na dłoń odrobinę oleju, rozprowadzamy w dłoniach a następnie na cerze. Masujemy przez chwilę (OMIJAJĄC okolice oczu jeśli mamy makijaż). Ręcznik moczymy w gorącej wodzie (nie wrzątku, tylko takiej bardzo bardzo ciepłej) i przykładamy do twarzy. Czekamy aż ręcznik przestygnie, ponownie go moczymy i przykładamy. Ja powtarzam tą czynność 2-3 razy, przy czym ręcznik mam na twarzy może ok 20-30 sekund.
Następnie jeszcze raz wylewamy na dłoń nasza mieszankę olejową, rozprowadzamy na całej twarzy, włącznie z oczami (OCM radzi sobie z najbardziej wodoodpornym i czarnym makijażem). Masujemy przez chwilę twarz, po czym skupiamy się na oczach- kilkanaście sekund masażu rozpuści nam cały makijaż. Kolejno moczymy ręcznik w gorącej wodzie, przykładamy, czekamy chwilę itd. Powtarzamy czynność kolejne 2-3 razy. Na koniec dobrze jest zmoczyć ręcznik w zimnej wodzie i przyłożyć do twarzy, aby zamknąć pory.
Zdaję sobie sprawę, że instrukcja wydaje się być bardzo skomplikowana a cały proces o wiele dłuższy niż chcemy poświęcać codziennie na umycie buzi, ale uwierzcie mi- po kilku zastosowaniach dochodzimy do wprawy a co najważniejsze widzimy różnicę.
4. Co mi da OCM?
Przy systematycznym używaniu OCM możemy cieszyć się zdrową cerą, wyrównanym kolowerytem i zmniejszonymi porami. Moja cera po ok. pół roku stosowania OCM z trądzikowej i przesuszonej cudownie zmieniła się w normalną. W tej chwili nie używam żadnych kremów, poza OCM co jakiś czas stosuję domowy peeling (np. cukrowy lub kawowy) oraz maseczki algowe. Nie muszę też już używać podkładu na codzień :))
5. Wciąż nie mogę się przekonać...
Według mnie metoda OCM będzie idealna dla każdego, również dla osób które walczą z trądzikiem. Stosowanie kosmetyków na bazie alkoholu bardzo wysusza cerę i napędza wytwarzanie sebum. Po czym stosujemy produkty matujące i wysuszające, aby zmatowić cerę, przy czym wysuszamy ją na tyle że aby się bronić, skóra wytwarza jeszcze więcej sebum itd... I tak wkoło Macieju :) Olej rycynowy ma bardzo podobne właściwości do ludzkiego sebum a przy okazji świetnie oczyszcza pory.
Ja przyrządzam mieszankę OCM w plastikowej buteleczce po mgiełce z Johnsona. Taka ilość wystarcza mi naprawdę na długo!
Tutaj skala, którą narysowałam sobie na butelce. Jest podzielona na 10 części i ułatwia mi robienie mieszanki :)
Polecam Wam wypróbowanie OCM, naprawdę warto! Skorzysta na tym Wasza cera i portfel:)
A jeśli macie jakiekolwiek pytania, chętnie odpowiem w komentarzach. Tymczasem borem, lasem idę obmyślać następny wpis :)) Paaa!
piątek, 24 lutego 2012
Cynamon ponad wszystko!
Hej, dziś szybki wpis kulinarny. Jednym ze składników, bez którego nie wyobrażam sobie kuchni jest cynamon. Dodaję go do wszelakich ciast, do kawy, do owsianki... gdzie się tylko da :) Przez dłuuuugi czas robiłam bułki cynamonowe z książki kucharskiej Joli Słomy i Mirosława Trymbulaka, dopóki nie znalazłam TEGO przepisu: http://mojewypieki.blox.pl/2009/07/Szneki.html (niezawodna strona!), wprowadziłam jedynie małe zmiany. Oto przepis:
Ciasto:
500 g mąki pszennej
50 g cukru
pół łyżeczki soli
7 g suchych drożdży lub 15 g drożdży świeżych
75 g masła
150 ml letniego mleka
2 duże jajka
*dziś miałam tylko jedno jajko, dodałam więc więcej mleka ;)
Mąkę, suche drożdże i cukier mieszamy w misce (ze świeżymi drożdżami najpierw zrobić rozczyn; ja używam suchych drożdży). Rozpuszczone i wystudzone masło mieszamy w drugiej misce z lekko ciepłym mlekiem i jajkami (mleko i masło nie mogą być zbyt ciepłe!). Wlewamy naszą mieszankę do mąki, dodajemy sól i zagniatamy do uzyskania elastycznej, ale miękkiej konsystencji. Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia (podwojenia objętości) w ciepłe miejsce- u mnie jak zwykle na garnek z ciepłą wodą :).
Nadzienie:
3-4 łyżki cuku
3 łyżeczki cynamonu
5-6 łyżek roztopionego masła
1 roztrzepane jajko lub kilka łyżeczek śmietany do posmarowania
Po wyrośnięciu ciasto chwilę wyrabiamy i przekładamy na oprószony mąką blat. Rozwałkowujemy prostokąt, wymiar w sumie dowolny ale polecam rozwałkować dość cienko. Całą powierzchnię smarujemy roztopionym masłem. W miseczce mieszamy cukier z cynamonem i tą mieszanką posypujemy ciasto- tu wedle upodobań, ja lubię dużo cynamonu i sypię grubszą warstwę :). Ciasto zwijamy w roladę i tniemy w poprzek na równe kawałki (powinno wyjść 12-13 sztuk). Bułeczki układamy w blaszce wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia i odkładamy w ciepłe miejsce do napuszenia na około 30 minut. Po tym czasie napuszone bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem lub śmietaną (dzisiaj jak już wspomniałam miałam tylko jedno jajko, więc padło na śmietanę) i wkładamy do rozgrzanego piekarnika (ok. 180 stopni) i pieczemy do uzyskania złotego koloru. Po wystudzeniu bułeczki można ozdobić lukrem (3 łyżki cukru pudru i odrobina wody). Smacznego!
To są naprawdę najlepsze bułeczki cynamonowe jakie kiedykolwiek jadłam. Jeżeli tak jak ja jesteście fanami cynamonu, będziecie zachwyceni!
Ciasto:
500 g mąki pszennej
50 g cukru
pół łyżeczki soli
7 g suchych drożdży lub 15 g drożdży świeżych
75 g masła
150 ml letniego mleka
2 duże jajka
*dziś miałam tylko jedno jajko, dodałam więc więcej mleka ;)
Mąkę, suche drożdże i cukier mieszamy w misce (ze świeżymi drożdżami najpierw zrobić rozczyn; ja używam suchych drożdży). Rozpuszczone i wystudzone masło mieszamy w drugiej misce z lekko ciepłym mlekiem i jajkami (mleko i masło nie mogą być zbyt ciepłe!). Wlewamy naszą mieszankę do mąki, dodajemy sól i zagniatamy do uzyskania elastycznej, ale miękkiej konsystencji. Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia (podwojenia objętości) w ciepłe miejsce- u mnie jak zwykle na garnek z ciepłą wodą :).
Nadzienie:
3-4 łyżki cuku
3 łyżeczki cynamonu
5-6 łyżek roztopionego masła
1 roztrzepane jajko lub kilka łyżeczek śmietany do posmarowania
Po wyrośnięciu ciasto chwilę wyrabiamy i przekładamy na oprószony mąką blat. Rozwałkowujemy prostokąt, wymiar w sumie dowolny ale polecam rozwałkować dość cienko. Całą powierzchnię smarujemy roztopionym masłem. W miseczce mieszamy cukier z cynamonem i tą mieszanką posypujemy ciasto- tu wedle upodobań, ja lubię dużo cynamonu i sypię grubszą warstwę :). Ciasto zwijamy w roladę i tniemy w poprzek na równe kawałki (powinno wyjść 12-13 sztuk). Bułeczki układamy w blaszce wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia i odkładamy w ciepłe miejsce do napuszenia na około 30 minut. Po tym czasie napuszone bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem lub śmietaną (dzisiaj jak już wspomniałam miałam tylko jedno jajko, więc padło na śmietanę) i wkładamy do rozgrzanego piekarnika (ok. 180 stopni) i pieczemy do uzyskania złotego koloru. Po wystudzeniu bułeczki można ozdobić lukrem (3 łyżki cukru pudru i odrobina wody). Smacznego!
To są naprawdę najlepsze bułeczki cynamonowe jakie kiedykolwiek jadłam. Jeżeli tak jak ja jesteście fanami cynamonu, będziecie zachwyceni!
piątek, 17 lutego 2012
W roli głównej: czerwona kreska
Hej! U nas od rana pada i jest bardzo zimno- czy ja ciągle jestem w Egipcie?? Stwierdziłam, że tak łatwo się nie poddam. Gorąca herbata z cytryną i do dzieła!
Szare niebo i brrr zimny wiatr zwalczam dziś kolorowym makijażem. W roli głównej czerwony cień!
Makijaż jest dość prosty do wykonania, a efekt bardzo ciekawy. Ale po kolei:
1. Na całą powiekę nakładamy bazę pod cienie.
2. Skośnym pędzelkiem do eyelinera (lekko zwilżonym!) malujemy grubą czerwoną kreskę, którą wyciągamy ku skroni.
3. Czarnym eyelinerem rysujemy węższą kreskę, tuż przy linii rzęs. W zewnętrznym kąciku rysujemy ją w środku czerwonej kreski.
4. Od połowy dolnej powieki, tym samym czarnym eyelinerem rysujemy wąską kreskę w kierunku skroni- w zewnętrznym kąciku rysujemy POD czerwoną kreską.
5. Pod łuk brwiowy nakładamy odrobinę perłowego, białego cienia.
6. Z pędzelka, którego używałyśmy do eyelinera usuwamy nadmiar produktu i zaznaczamy brwi.
7. Linię wodną zaznaczamy czarną kredką, tuszujemy rzęsy i gotowe!
I jak Wam się podoba?
Lista kosmetyków:
*baza pod cienie I love Stage, Essence
*zalotka no name
*czerwony matowy cień Inglot 429
*biały perłowy cień no name
*czarny eyeliner w żelu Million Pauline (co to wogóle za firma?!?!)
*pędzelek skośny no name (chiński, za 2 zł)
*pędzelek do eyelinera MAC 266
*tusz do rzęs Maybelline Colossal Volum' Express czarny
*czarna kredka do oczu BlackMania carbon black gloss eye pencil, Essence (zabrakło na zdjęciu ;) )
Szare niebo i brrr zimny wiatr zwalczam dziś kolorowym makijażem. W roli głównej czerwony cień!
Makijaż jest dość prosty do wykonania, a efekt bardzo ciekawy. Ale po kolei:
1. Na całą powiekę nakładamy bazę pod cienie.
2. Skośnym pędzelkiem do eyelinera (lekko zwilżonym!) malujemy grubą czerwoną kreskę, którą wyciągamy ku skroni.
3. Czarnym eyelinerem rysujemy węższą kreskę, tuż przy linii rzęs. W zewnętrznym kąciku rysujemy ją w środku czerwonej kreski.
4. Od połowy dolnej powieki, tym samym czarnym eyelinerem rysujemy wąską kreskę w kierunku skroni- w zewnętrznym kąciku rysujemy POD czerwoną kreską.
5. Pod łuk brwiowy nakładamy odrobinę perłowego, białego cienia.
6. Z pędzelka, którego używałyśmy do eyelinera usuwamy nadmiar produktu i zaznaczamy brwi.
7. Linię wodną zaznaczamy czarną kredką, tuszujemy rzęsy i gotowe!
I jak Wam się podoba?
Lista kosmetyków:
*baza pod cienie I love Stage, Essence
*zalotka no name
*czerwony matowy cień Inglot 429
*biały perłowy cień no name
*czarny eyeliner w żelu Million Pauline (co to wogóle za firma?!?!)
*pędzelek skośny no name (chiński, za 2 zł)
*pędzelek do eyelinera MAC 266
*tusz do rzęs Maybelline Colossal Volum' Express czarny
*czarna kredka do oczu BlackMania carbon black gloss eye pencil, Essence (zabrakło na zdjęciu ;) )
czwartek, 9 lutego 2012
4. Bułeczki drożdżowe
Hej! Wczoraj o północy postanowiłam zrobić bułeczki drożdżowe, wyciągnęłam je z piekarnika chyba o 4 rano :D. Tym razem z dżemem- truskawkowym i morelowym. Przepis na ciasto miałam już sprawdzony z niezawodnej strony Doroty http://mojewypieki.blox.pl/2007/03/Buleczki-drozdzowe-z-nadzieniem.html (polecam Wam tą stronę, zdjęcia, opisy, przepisy.... cudo!). Oto przepis i wykonanie:
Bułeczki drożdżowe do odrywania
500-550 g mąki pszennej
30 g świeżych drożdży/ lub 15 g suchych
3 łyżki roztopionego masła
szklanka letniego mleka
żółtko
2 jajka
3 łyżki cukru
pół łyżeczki soli
do posmarowania:
łyżka mleka
jajko
Mąkę i suche drożdże (ja takich użyłam, ze świeżych najpierw należy zrobić rozczyn) mieszamy w misce. Dodajemy cukier, żółtko, jaja, mleko i sól. Wszystko lekko zagniatamy. Dodajemy roztopione masło i zagniatamy do uzyskania elastycznej konsystencji (czyli ciasto powinno odchodzić od miski i od ręki). Moje od ręki nie odchodziło idealnie, ale nie miałam więcej mąki :D
Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia (do podwojenia objętości, ok 1,5 h). Ja od pewnego czasu korzystam z rady Kasi*: wlewam do garnka ciepłą wodę, na to stawiam miskę i przykrywam szmatką. Woda chyba nie powinna dotykać miski, ale mi się tak zdarzyło i mimo to ciasto pięknie wyrosło.
Po wyrośnięciu ciasto przebijamy pięścią i lekko zagniatamy. Odrywamy po kawałku i formujemy w rękach placuszek. Na środek nakładamy dżem, marmoladę, słodki twarożek (pełna dowolność) i sklejamy "rogi" do środka. Układamy bułeczki w blaszce wyłożonej papierem do pieczenia zachowując odstępy (ja użyłam dużej okrągłej blaszki). Gotowa blaszkę odkładamy do napuszenia w ciepłe miejsce na ok. 30 minut (ja wkładam do piekarnika z najmniejszym ogniem i zostawiam uchylone drzwiczki). Po porządnym napuszeniu wszystkie bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem z łyżką mleka. Pieczemy w ok. 180 stopniach przez ok. 30 minut, ale oczywiście wszystko zależy od piekarnika. No to smacznego!
* kulinarny blog Kasi : http://kuchenne-improwizacje.blogspot.com/
Bułeczki drożdżowe do odrywania
500-550 g mąki pszennej
30 g świeżych drożdży/ lub 15 g suchych
3 łyżki roztopionego masła
szklanka letniego mleka
żółtko
2 jajka
3 łyżki cukru
pół łyżeczki soli
do posmarowania:
łyżka mleka
jajko
Mąkę i suche drożdże (ja takich użyłam, ze świeżych najpierw należy zrobić rozczyn) mieszamy w misce. Dodajemy cukier, żółtko, jaja, mleko i sól. Wszystko lekko zagniatamy. Dodajemy roztopione masło i zagniatamy do uzyskania elastycznej konsystencji (czyli ciasto powinno odchodzić od miski i od ręki). Moje od ręki nie odchodziło idealnie, ale nie miałam więcej mąki :D
Ciasto odstawiamy do wyrośnięcia (do podwojenia objętości, ok 1,5 h). Ja od pewnego czasu korzystam z rady Kasi*: wlewam do garnka ciepłą wodę, na to stawiam miskę i przykrywam szmatką. Woda chyba nie powinna dotykać miski, ale mi się tak zdarzyło i mimo to ciasto pięknie wyrosło.
Po wyrośnięciu ciasto przebijamy pięścią i lekko zagniatamy. Odrywamy po kawałku i formujemy w rękach placuszek. Na środek nakładamy dżem, marmoladę, słodki twarożek (pełna dowolność) i sklejamy "rogi" do środka. Układamy bułeczki w blaszce wyłożonej papierem do pieczenia zachowując odstępy (ja użyłam dużej okrągłej blaszki). Gotowa blaszkę odkładamy do napuszenia w ciepłe miejsce na ok. 30 minut (ja wkładam do piekarnika z najmniejszym ogniem i zostawiam uchylone drzwiczki). Po porządnym napuszeniu wszystkie bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem z łyżką mleka. Pieczemy w ok. 180 stopniach przez ok. 30 minut, ale oczywiście wszystko zależy od piekarnika. No to smacznego!
* kulinarny blog Kasi : http://kuchenne-improwizacje.blogspot.com/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















